wtorek, 10 marca 2009

Kolaż

Kitek – kot znaczy – spał spokojnie wtulony w mój brzuch. Brzęczenie budzika zazwyczaj wyrywa go ze snu, tym razem ledwie przeszło dreszczem przez prążki na rudym grzbiecie. Zasugerowałam budzikowi, żeby wziął na wstrzymanie i zaszyta w ciepłej pościeli odczekałam kolejnych i jeszcze kolejnych i jeszcze tylko dziesięć minut. Mama zwierzyła mi się niedawno, że marzy o tym, żeby raz w tygodniu nie wstawać na dźwięk budzika. I udało jej się... go wyprzedzić. Marzenia się spełniają. Czasem na wskroś, innym razem na wspak. Słyszałam też, że trzeba uważać czego się sobie życzy, dlatego staram się być przygotowana na spadające gwiazdy, żeby głupoty jakiejś nie palnąć. Zawsze jednak łapią mnie wpół obrotu – między tym czego chcę, a czego chciałam. W oka mgnieniu.
Wczoraj wieczorem wyklejałyśmy z Julką mapy marzeń. Na środku pokoju rozsypałyśmy kosz starszych i nowszych gazet i zaczęłyśmy wycinać, podcinać i odcinać. Łączyć, kleić, oddzielać i rozdzielać. Słowa i obrazy umieściłyśmy na planszach, żeby później opowiedzieć sobie jak je czytamy i jak je czytać. Z założenia plansza miała zestawiać „ja teraz” z „ja za pół roku”. Jednak już po chwili wiedziałam, że nie będę umiała przedstawić siebie z osobna. Julka nie mogła wyjść z teraźniejszości, ja uciekałam w przyszłość. Na planszy Julki królowała kobiecość, jej poszukiwanie i formy. W sercu mojego kolażu rozsiadło się szczęście otoczone tym co je daje i co je dawać może. Później długo przyglądałam się swojej planszy – niewiele brak mi do szczęścia.
Odczekałam kolejnych i jeszcze kolejnych i jeszcze tylko... Kot skapitulował, wyprężył grzbiet i miauknął. W porządku, zasłużyliśmy na wymarzone śniadanie.

Omlet z avocado i szynką parmeńską (1 porcja)

1 jajko
100ml mleka
½ szklanki sera mozzarella (startego)
kilka liści szałwii
ew. szczypta soli (zależy jak słony jest ser lub szynka)
masło do smażenia

2 plastry szynki parmeńskiej/ łosoś (np. wędzony)
pół avocado 
cytryna lub limonka
majonez/ musztarda koperkowa (IKEA)
chili

Łączę jajko z mlekiem, dodaję szczyptę soli, ser i „potargane” liście szałwii. Smażę omlet na niewielkim ogniu. Rozcinam avocado – połowę z pestką spryskuję limonką i odkładam do lodówki – i łyżką wydrążam miąższ. Kroję owoc na cienkie plastry, które również spryskuję limonką (żeby zachowały kolor). Na połowie omletu układam avocado, na nim szynkę, którą smaruję majonezem (lub śmietaną z domieszką majonezu) i posypuję delikatnie chili. Składam omlet i wsuwam zanim ostygnie!
Zamiast szynki można użyć łososia (np. wędzonego), do którego pasuje również musztarda koperkowa, ale wówczas nie posypuję go chili.

wtorek, 3 marca 2009

Numerologia i inne zrządzenia

Los chciał, żeby „jedno z drugim” dało się powiązać. Żeby czas, miejsce i zapach mogły się z czymś kojarzyć. Żeby zdarzenia z przeszłości, przenikały się z teraźniejszością i w przyszłości miały znaczenie. Los się spisał. W tej chwili czas, ludzie i przestrzeń łączą się we wspólne smaki. Od której strony ugryźć temat? Gdzie ta historia ma swój początek? 
Dziś jubileusz obchodzą dwie bliskie mi osoby – szalona kanadyjska poszukiwaczka przygód, z którą łączą mnie nawet różnice i babcia, po której z pewnością odziedziczyłam wzrost, nos, oczy i zamiłowanie do łamania rodzinnych kulinarnych tajemnic. Poza numerologią i innymi zrządzeniami, które sprawiły, że powstały w ten sposób trójkąt może mieć magiczne znaczenie, smaczku tejże relacji dodaje pewien kapryśny kąsek. Kanadyjka nie poznała już mojej babci, a dopóki tutaj mieszkała jeden z jej "tajemnych" przepisów nie dawał się odnaleźć. Przeskakiwał z jednej strony zapisków na drugą, ukrywał się w kruchych ze starości książkach i na zapomnianych przez ścierki do kurzu półkach. Pamięć goniła za smakiem, aż trafiła na jego ślad w Zaułku starszego o kilka innych tajemnic Krakowa. Ślad uwiódł mój wzrost, nos, oczy i zamiłowania. Poruszył podniebienie i serce kanadyjki. W końcu stał się śladem wielu prześmianych i przepłakanych wspólnie godzin, a przepis babci postanowił wyjść z ukrycia, żeby można było utrzeć nosa przeszłości, zmiksować ją z teraźniejszością i w przyszłości cieszyć się ich wspólną formą i smakiem. Jakby czekał na właściwy moment.

Sernik mojej babci

8 jajek
1-2 szklanki cukru
kostka masła (nie miksu)
1kg sera (wybieram zmielony)
2 ziemniaki
budyń śmietankowy/ waniliowy lub 2 łyżki mąki ziemniaczanej
2 łyżki mąki pszennej
cukier waniliowy
bakalie (rodzynki)
skórka z 1 cytryny i z 1 pomarańczy

Gotuję i studzę ziemniaki. Rozcieram żółtka z cukrem i masłem na gładką masę, następnie dodaję ser i zmielone ziemniaki. Mieszając wsypuję mąkę i budyń. W osobnej misce ubijam białka z cukrem waniliowym (do białek zawsze dodaję odrobinę soli, żeby piana była sztywna). Stopniowo (schodkowo, krok po kroku) łączę pianę z masą serową i dodaję skórkę ze świeżej cytryny i z pomarańczy. Spód formy wykładam papierem do pieczenia i wlewam masę. Następnie wrzucam do niej rodzynki, które można wcześniej delikatnie otoczyć w mące, żeby nie opadły na dno. Ciasto piekę w 180 stopniach przez około półtorej godziny (używam piekarnika z termoobiegiem, który podnosi temperaturę). O wyjęciu ciasta z pieca decyduje zapach i kolor. Studzę ciasto w formie przez przynajmniej dwie godziny (w temperaturze pokojowej, inaczej opadnie), konsystencją przypomina wówczas suflet. Na drugi dzień jest gęstszy i bardzo mokry i... Najlepszy!