Dziś jubileusz obchodzą dwie bliskie mi osoby – szalona kanadyjska poszukiwaczka przygód, z którą łączą mnie nawet różnice i babcia, po której z pewnością odziedziczyłam wzrost, nos, oczy i zamiłowanie do łamania rodzinnych kulinarnych tajemnic. Poza numerologią i innymi zrządzeniami, które sprawiły, że powstały w ten sposób trójkąt może mieć magiczne znaczenie, smaczku tejże relacji dodaje pewien kapryśny kąsek. Kanadyjka nie poznała już mojej babci, a dopóki tutaj mieszkała jeden z jej "tajemnych" przepisów nie dawał się odnaleźć. Przeskakiwał z jednej strony zapisków na drugą, ukrywał się w kruchych ze starości książkach i na zapomnianych przez ścierki do kurzu półkach. Pamięć goniła za smakiem, aż trafiła na jego ślad w Zaułku starszego o kilka innych tajemnic Krakowa. Ślad uwiódł mój wzrost, nos, oczy i zamiłowania. Poruszył podniebienie i serce kanadyjki. W końcu stał się śladem wielu prześmianych i przepłakanych wspólnie godzin, a przepis babci postanowił wyjść z ukrycia, żeby można było utrzeć nosa przeszłości, zmiksować ją z teraźniejszością i w przyszłości cieszyć się ich wspólną formą i smakiem. Jakby czekał na właściwy moment.
Sernik mojej babci8 jajek
1-2 szklanki cukru
kostka masła (nie miksu)
1kg sera (wybieram zmielony)
2 ziemniaki
budyń śmietankowy/ waniliowy lub 2 łyżki mąki ziemniaczanej
2 łyżki mąki pszennej
cukier waniliowy
bakalie (rodzynki)
skórka z 1 cytryny i z 1 pomarańczy
Gotuję i studzę ziemniaki. Rozcieram żółtka z cukrem i masłem na gładką masę, następnie dodaję ser i zmielone ziemniaki. Mieszając wsypuję mąkę i budyń. W osobnej misce ubijam białka z cukrem waniliowym (do białek zawsze dodaję odrobinę soli, żeby piana była sztywna). Stopniowo (schodkowo, krok po kroku) łączę pianę z masą serową i dodaję skórkę ze świeżej cytryny i z pomarańczy. Spód formy wykładam papierem do pieczenia i wlewam masę. Następnie wrzucam do niej rodzynki, które można wcześniej delikatnie otoczyć w mące, żeby nie opadły na dno. Ciasto piekę w 180 stopniach przez około półtorej godziny (używam piekarnika z termoobiegiem, który podnosi temperaturę). O wyjęciu ciasta z pieca decyduje zapach i kolor. Studzę ciasto w formie przez przynajmniej dwie godziny (w temperaturze pokojowej, inaczej opadnie), konsystencją przypomina wówczas suflet. Na drugi dzień jest gęstszy i bardzo mokry i... Najlepszy!
Rude drożdżówki