Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wypieki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wypieki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 marca 2009

Numerologia i inne zrządzenia

Los chciał, żeby „jedno z drugim” dało się powiązać. Żeby czas, miejsce i zapach mogły się z czymś kojarzyć. Żeby zdarzenia z przeszłości, przenikały się z teraźniejszością i w przyszłości miały znaczenie. Los się spisał. W tej chwili czas, ludzie i przestrzeń łączą się we wspólne smaki. Od której strony ugryźć temat? Gdzie ta historia ma swój początek? 
Dziś jubileusz obchodzą dwie bliskie mi osoby – szalona kanadyjska poszukiwaczka przygód, z którą łączą mnie nawet różnice i babcia, po której z pewnością odziedziczyłam wzrost, nos, oczy i zamiłowanie do łamania rodzinnych kulinarnych tajemnic. Poza numerologią i innymi zrządzeniami, które sprawiły, że powstały w ten sposób trójkąt może mieć magiczne znaczenie, smaczku tejże relacji dodaje pewien kapryśny kąsek. Kanadyjka nie poznała już mojej babci, a dopóki tutaj mieszkała jeden z jej "tajemnych" przepisów nie dawał się odnaleźć. Przeskakiwał z jednej strony zapisków na drugą, ukrywał się w kruchych ze starości książkach i na zapomnianych przez ścierki do kurzu półkach. Pamięć goniła za smakiem, aż trafiła na jego ślad w Zaułku starszego o kilka innych tajemnic Krakowa. Ślad uwiódł mój wzrost, nos, oczy i zamiłowania. Poruszył podniebienie i serce kanadyjki. W końcu stał się śladem wielu prześmianych i przepłakanych wspólnie godzin, a przepis babci postanowił wyjść z ukrycia, żeby można było utrzeć nosa przeszłości, zmiksować ją z teraźniejszością i w przyszłości cieszyć się ich wspólną formą i smakiem. Jakby czekał na właściwy moment.

Sernik mojej babci

8 jajek
1-2 szklanki cukru
kostka masła (nie miksu)
1kg sera (wybieram zmielony)
2 ziemniaki
budyń śmietankowy/ waniliowy lub 2 łyżki mąki ziemniaczanej
2 łyżki mąki pszennej
cukier waniliowy
bakalie (rodzynki)
skórka z 1 cytryny i z 1 pomarańczy

Gotuję i studzę ziemniaki. Rozcieram żółtka z cukrem i masłem na gładką masę, następnie dodaję ser i zmielone ziemniaki. Mieszając wsypuję mąkę i budyń. W osobnej misce ubijam białka z cukrem waniliowym (do białek zawsze dodaję odrobinę soli, żeby piana była sztywna). Stopniowo (schodkowo, krok po kroku) łączę pianę z masą serową i dodaję skórkę ze świeżej cytryny i z pomarańczy. Spód formy wykładam papierem do pieczenia i wlewam masę. Następnie wrzucam do niej rodzynki, które można wcześniej delikatnie otoczyć w mące, żeby nie opadły na dno. Ciasto piekę w 180 stopniach przez około półtorej godziny (używam piekarnika z termoobiegiem, który podnosi temperaturę). O wyjęciu ciasta z pieca decyduje zapach i kolor. Studzę ciasto w formie przez przynajmniej dwie godziny (w temperaturze pokojowej, inaczej opadnie), konsystencją przypomina wówczas suflet. Na drugi dzień jest gęstszy i bardzo mokry i... Najlepszy!

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Najmądrzejszy przyjaciel człowieka

Każdy ruch oddala mnie od pierwszego domu, od pulsującego centrum miasta. Jednak im dalej początku, tym bliżej marzeń. Kiedy czas i przestrzeń zatoczą kolejne od cyrkla koło będzie dom z ogrodem, będą grządki z ziołami, hamak i pies najlepszy przyjaciel człowieka. Póki co jest prawie wieś i małe em jeden, są zioła w doniczkach i jest Kot - najmądrzejszy przyjaciel. Kot szczególnie przywiązał się do mojej prawej nogi. Jako strażnik jej bezpieczeństwa co wieczór pilnuje, żeby duży paluch nie marzł poza pierzyną. Kot jest wspaniałym logistykiem. Wyprzedza nogę i wytycza dużo rozsądniejsze trasy, narażając się przy tym na niebezpieczeństwo przydepnięcia łapy, albo ogona. Gdyby nie Kot nieprędko trafiłabym dziś do kuchni. Gdyby nie domagał się jedzenia i nie zaczął stepować na stercie papierów ułożonych na kuchennym blacie nie musiałabym go przeganiać, a chwilę później się po nie schylać. Gdyby nie Kot i jego "w grzbiet" wypięte przywiązanie do mojej prawej nogi nie schyliłabym się po raz kolejny, żeby go podrapać za uchem i nie dostrzegłabym przeoczonej wcześniej strony z inspirującym przepisem. Gdyby nie Kot w domu nie pachniałoby teraz drożdżami i cynamonem, a na śniadanie zjadłabym jajecznicę z dwóch jajek. Mrrr... Ciekawa jestem co zrobi Kot, żeby zbliżyć mnie do wymarzonego domu z ogrodem?

Rude drożdżówki


1 i 1/3 szklanki ciepłego mleka
¼ porcji drożdży
2 łyżki masła Ghee
2/3 szklanki cukru
2 jajka
5 szklanek mąki pszennej
gałka muszkatołowa
łyżeczka soli

rozgrzane masło Ghee
cukier zmieszany z
cynamonem

Zalewam drożdże 1/3 ciepłego (w temperaturze ciała) mleka, czekam kilka minut aż się rozpuszczą. Pozostałe mleko mieszam z masłem i z cukrem, a następnie łączę z drożdżami. Dodaję jajka, mąkę, gałkę muszkatołową (ocieram) i sól – mieszam aż ciasto stanie się gładkie i będzie odchodzić od ścianek miski. Jeśli jest zbyt klejące dodaję mąkę, a jeśli za suche dolewam mleko. Delikatnie smaruję oliwą i odstawiam na około godzinę w ciepłym miejscu (do czasu, aż podwoi objętość). Wybieram porcję ciasta z miski - moczę dłoń w zimnej wodzie, żeby łatwiej odchodziło. Drożdżówki formuję na blasze. Piekę je w około 190 stopniach (z nawiewem) przez 8 - 10 min, aż się zrobią złote. Na patelni topię masło, maczam w nim wierzch lekko wystudzonej drożdżówki a następnie maczam ją w cukrze z cynamonem. Polecam ciepłe!

W oparciu o: Baked Doughnuts Recipe 

czwartek, 8 stycznia 2009

"Prawie" zdecydowanie robi różnicę

Koniec miesiąca z początkiem kolejnego zawiązane są na finansowy supeł. Początek wydatków plącze się z końcem poprzednich, dlatego już po chwili ulotny plus truchtem równa do zera, aż lawinowo zejdzie poniżej poziomu morza. Jedna rata, druga rata – nie ma rady. Prąd, czynsz – kolejna podwyżka. W niecałe trzy minuty oddałam co miałam i z kilkoma ocalałymi groszami w portfelu wyszłam z biura, żeby coś przegryźć. Na zewnątrz ziąb, w domu świąteczne przygotowania - w takich chwilach nogi same niosą do piekarni, a wyobraźni starcza na podpisaną ręką pierwszoklasisty pizzową bułkę z paprochami. W drodze powrotnej dostrzegłam niebiesko żółtą budkę z wielgachnym napisem LOTTO. Bułka w garść, słonik na szczęście weszłam i kupiłam los na chybił trafił. Z powrotem zasiadłam do biurka, zaparzyłam kubek gorącej herbaty i wgryzłam się w niestrawny temat. Czy tak wyglądają zwycięskie numery? Trzy kolejno odlicz cyfry i trzy liczby z łapanki? Wybrańcy losu, którzy ocalą kilka centymetrów mglistej przyszłości? Dopóki nie zostaną zwolnione blokady maszyny losującej przed ekranami telewizorów zasiadają miliony milionerów, ich rodziny, psy, koty i plany. Oko kamery zatrzymuje się na ostatniej piłeczce, przebrzmiewa ostatnie słowo, ściemnienie, chwila ciszy i... Dlaczego akurat w tym losowaniu trzynastka okazała się szczęśliwsza od siódemki, a trójka odległa od dwójki o jakieś 16PLN plus dwa złote za kupon?! Ekran telewizora bombardują pomięte niewypały, przez pokój przelatują LOTto kamikadze. Przyglądam się uważnie zmarnowanej szansie w nijakim pastelowym kolorze. Kompletnie bez sensu takie prawie szczęście, zupełnie jak dzisiejsza prawie pizza.

Prawdziwa Pizza
szklanka mąki (krupczatki lub pszennej)
ew. szczypta soli
ćwiartka drożdży
½ szklanki wody (w temperaturze ciała)

Mąkę (sól) i drożdże umieszczam w misce, drożdże zalewam wodą. Kiedy drożdże się rozpuszczą delikatnie wyrabiam ciasto i odstawiam w ciepłym miejscu, żeby wyrosło (np. wkładam do piekarnika rozgrzanego do 30 stopni). Wyrośnięte ciasto przechowuję w porcjach w lodówce. Gotową porcję (kulkę) obtaczam w mące i delikatnie formuję rozciągając brzegi ciasta. Uformowany i cienko rozwałkowany placek smaruję oliwą (zostawiam około centymetrowy odstęp od brzegów, żeby zawartość nie spłynęła z placka) i wkładam do maksymalnie rozgrzanego piekarnika (min. 260 stopni). Ciasto najlepiej piec na podsypanej mąka pszenną kamiennej (ceramicznej) płycie, ew. na odwrocie dużego żaroodpornego naczynia, albo na odwrocie blachy (żeby je łatwiej było zdjąć). Lubię cienkie i kruche spody! Przepis przywędrował do mnie prosto z Toskanii od Wujka, którego gotowanie i kuchnia to prawdziwe szczęście!

Co na wierzch? Czego dusza zapragnie! Na przystawkę focaccia czyli placek przybrany wyłącznie świeżymi ziołami, gruboziarnistą solą, cebulą czy oliwkami. Moi ulubieńcy to sól i cebula z czarnuszką, albo sól i rozmaryn z pepperoncino... Kombinujcie, na tym frajda polega!

piątek, 12 grudnia 2008

Deser z jajami

Na spotkanie z doktor rehabilitacji czekałam na liście pacjentów rezerwowych. Rokowania nie były najlepsze, może w styczniu coś się zwolni? W takich przypadkach tylko cud może przyspieszyć procedurę. I stało się! Nie minął tydzień i ktoś odwołał wizytę, a pozostałym oczekującym nie pasował proponowany termin. Spodziewałam się, że wyglądam jak jogin w skręcie i będzie mnie trzeba długo i żmudnie prostować, ale jak wiele spraw w moim życiu kłopoty z kręgosłupem okazały się układać wbrew logice. Zadane przez panią doktor ćwiczenia sprowadzają się do unikania sportu i wykonywania niewielkich, ale cholernie wysiłkowych ruchów, które uwaha uwaha, mają wykrzywić kręgosłup szyjny! Okazuje się bowiem, że w którymś momencie życia połknęłam kij od miotły i teraz muszę się ponaginać, bo brak mi naturalnych krzywizn. Ani śladu niezbędnej do życia w zdrowiu lordozy! Naginać się powinnam co dwie godziny, przez około dwie minuty. Do tego mam ćwiczyć leżąc, muszę kupić specjalną poduszkę w rozmiarze em, nie mogę zakładać nogi na nogę, a wszystkie ruchy głową musi zastąpić wzrok! Generalnie mam patrzeć przed siebie i nie chylić czoła, bo za kilka lat złożę się jak scyzoryk. Metaforyczna warstwa tejże diagnozy bardzo mi się podoba. W realu jest nieco gorzej – snuję się ulicami Krakowa krzywiąc się i podrzucając dziwacznie ramionami. Pani doktor kazała przysiąc, że będę głowę trzymać prosto jakbym miała na niej coś bardzo cennego. Coś co nie może upaść. Z koszyczka skojarzeń pierwsze wypełzło i na mej głowie się rozsiadło jajo - jajogłowa ja?

Brownie

6 jaj (uff!)
2 tabliczki czekolady, tłustej
kostka masła (masła, a nie jakiegoś miksu!)
100g mąki (pszenna lub tortowa)
300g cukru trzcinowego
50g orzechów włoskich (lubię również w wersji z wiśniami podkręconymi nalewką lub czystą, albo z płatkami migdałowymi podkręconymi Amaretto)

W kąpieli wodnej łączę czekoladę z masłem. Ubijam jaja stopniowo dodając cukier i mąkę, a następnie łączę masy i dorzucam orzechy. Piekarnik nagrzewam do 200 stopni, a na spód blachy kładę papier do pieczenia. Brownie piekę około 18-20 minut (ciasto ma być wilgotne). Kiedy ciasto lekko ostygnie polewam je ganache (topię 2 tabliczki czekolady w podgrzanej kremówce, łączę je mieszając). Dekoruję, a jakże! Stosownie do okazji...