Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zupy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zupy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 lutego 2009

Kiedy gniecie

Miniony rok, a szczególnie ostatnich pięć miesięcy kolejny raz pokazało mi jak wiele znaczy obecność bliskich osób. I że choć chciałoby się od czasu do czasu zapaść w takim samopoczuciu (na dobitkę, czyli żeby dna sięgnąć i móc się od niego odbić) jednak nigdy, przenigdy nie jestem sama! I że smutek oczyszcza, więc powinien się realizować kiedy gniecie. A ponieważ nie pozostaję bez wsparcia mogę się smucić bezpiecznie. No ale co by to była za nauka, gdybym sama nie była wsparciem dla najbliższych?
Los mi sprzyja, nawet w trudnych chwilach. Mam komu za to dziękować i dlatego wszystkie dobre duchy zapraszam na zupę. Jej przygotowanie wyciska łzy, ale końcowy efekt wypełnia zmysły słodyczą i ciepłem. Oddaje mistrzowski smak Waszej przyjaźni.

Zupa Cebulowa

ok. 1kg cebuli
2-3 ząbki czosnku
rosół warzywny/ wołowy
masło i kilka kropli oliwy (żeby masło się nie spaliło)
kieliszek białego wina/ 50ml wódki
tymianek
majeranek
sól, pieprz
2-3 goździki

tarty żółty ser
grzanki do zupy (krojone w kosteczkę)/ bagietka

Obieram i kroję cebulę na drobne kawałki („banałki” jak w wierszu K. Chołoniewskiej z tomiku Wielki Statek), następnie klaruję ją na rozgrzanym tłuszczu (aż będzie złota, nie brązowa). Do masła dodaję odrobinę oliwy, ew. używam masła Ghee. Podczas smażenia cebuli dodaję czosnek (nie za wcześnie, żeby się nie spalił), goździki, liść laurowy i ziele angielskie, które będą potrzebne jeśli użyję kostki zamiast prawdziwego rosołu. Do cebuli wlewam ok. kieliszek wina lub wódkę, a kiedy alkohol odparuje (jakieś pół minuty) całość zalewam rosołem. Doprawiam wywar solą, pieprzem i ziołami, które rozcieram w dłoniach, żeby wydobyć ich aromat.

Zupę podaję posypaną tartym serem (typu ementaler) i grzankami, albo na powierzchni układam grzanki z bagietki z żółtym serem.

wtorek, 9 grudnia 2008

Nad rozlanym się nie płacze?

Przede mną ostatni wieczór z Szaloną Kanadyjką. Jutro z samego rana lotnisko i „słoik słonych wspomnień”... Czas przyznać, że czuję się tym rozstaniem rozbita. Wiem, że to niewielka zmiana we wspólnej czasoprzestrzeni, jednak trudno mi się z tym pogodzić. Kanadyjka plus słoik? Nie mogłam dzisiaj zasnąć, a dla ukojenia wyciskałam ostatnie soki z pomarańczy i pomidorów. Wyszłam z domu z małym poślizgiem i choć na przystanek dobiegłam minutę przed czasem autobus i tak zdołał mi uciec. Do tramwaju mam mniej więcej kilometrowy spacer. Połknęłam zadyszkę i omijając życiowe zakręty, na których mogłabym rozbić słój z pomarańczową pomidorówką, dotarłam do celu. Odetchnęłam i realizowałam plan dalszej podróży, a los... Realizował swój. Wysiadając z tramwaju przydepnęłam sutannę młodemu zakonnikowi po czym rzuciłam bezmyślnie Jezzzu, przepraszam! Po drugiej stronie ulicy zaczął migać zielony ludzik, pędem ruszyłam przez śliską jezdnię. Na trzy cztery z pojawieniem się jego czerwonego koleżki zgubiłam rytm i zajęłam jeden metr pięćdziesiąt dziewięć centymetrów przejścia dla pieszych. Tulone pod pachą papiery wylądowały w kałuży, a słój z pomidorówką roztrzaskał się w drobny mak. Starsza pani pomagając mi pozbierać nasiąknięte kałużą notatki mamrotała pod nosem, że nie ma co dziękować, trzeba umieć chodzić... Ech, żal... Zupy również!

Pomarańczowa pomidorówka

duży przecier pomidorowy (lub całe pomidory)
1 pomarańcza
średnia cebula
rosół warzywny
1-2 ząbki czosnku
1-2 pepperoncino
1-2 goździki
25-50ml Ginu
tymianek
sól
pieprz

Drobno posiekaną cebulę szklę w garnku, dodaję pokrojony w płatki czosnek, rozkruszone pepperoncino i całe goździki. Zmniejszam ogień, wlewam przecier pomidorowy, sok z pół pomarańczy i 25ml Ginu. Chwilę duszę, następnie dodaję rosół. Doprawiam tymiankiem (rozcieram w dłoniach) solą i pieprzem. Jeśli zupa (pomarańcza) jest kwaśna łamię smak odrobiną cukru trzcinowego. Zupę podaję z gęstym śmietanowym kleksem i bazylią.

Z podobnych składników przygotowuję sos, który serwuję z makaronem farfale i posypany świeżym parmigiano. Zamiast tymianku używam świeżej bazylii i nie dodaję goździków - bo to już inny sos, o którym jeszcze napiszę.

Sycąca rekompensata

Do pracy jadę długo, jakieś czterdzieści pięć minut. W warunkach super-synchronizacji pokonuję ten dystans z jedną przesiadką. W gorszych warunkach zawsze może być gorzej. Zupełnie niedawno kierowca mojego prawie wiejskiego autobusu pomylił drogę i skręcił w całkowicie jednokierunkową uliczkę. Wrzaski pasażerów, klaksony, słoń na wstecznym – możecie sobie ten cyrk wyobrazić. Innym razem nie zatrzymał się na właściwym przystanku i wraz z pozostałymi pasażerami zwiedziłam szarą autobusową pętlę. Zdarzyło się też, że z powodu remontów kierowca zaskoczył mnie nową okrężną drogą, którą pokonywał w tempie metr na minutę. MPK powinno organizować wycieczki integracyjne, dzięki komunikacyjnym potyczkom poznaję kolejnych stałych pasażerów. Co jakiś czas szef zapytuje złośliwie how was the bus today? Cóż mogę rzec, też bym nie wierzyła gdyby to nie był element Moich Porannych Komplikacji? Atrakcyjne czterdzieści pięć minut z MPK ma jeden ważny plus. Podróżując przez miasto zyskuję czas na czytanie, o który wieczorem trudno walczyć z bliskimi i snem!
O ile poranek jest do zniesienia powrót przez zakorkowane miasto i przedłużające się oczekiwanie na mój prawie wiejski, zwłaszcza w grudniu, wymaga większej niż książka rekompensaty. Czegoś sycącego, optymistycznego i ciepłego. Jakiś czas temu w sklepie ze zdrową żywnością wpadła mi w ręce mieszanka ryżu i różnych fasoli zatytułowana Wiejska Zupa Optymistyczna... Posmakowałam.

Wiejska Zupa Optymistyczna

op. Wiejskiej zupy optymistycznej (mix dostępny w sklepach ze zdrową żywnością)
pomidory (puszka, słoik, natura - zależy jak długo czekałam na autobus)
kilka plastrów boczku (wersja wegetariańska jest równie pyszna)
rosół warzywny
ząbek czosnku
sos Worcestershire
chili (młynek)
sól

Na średnim ogniu zagotowuję mix z rosołem. Plastry boczku kroję na mniejsze kawałki i podsmażam na patelni (bez tłuszczu). Do boczku dodaję pomidory i czosnek - chwilę duszę, a następnie łączę z rosołowym mixem. Doprawiam sosem Worcestershire, chili ew. solą. Dla złamania smaku można dodać odrobinę cukru trzcinowego. Zupę gotuję na niewielkim ogniu dopóki fasole i ryż nie zmiękną. 
UWAGA! Optymistyczna pochłania dużo wody. Gdyby się jednak nie udało temu zapobiec można ją lekko rozcieńczyć pomidorami i powstały w ten sposób farsz podawać np. zawinięty w zwyczajny naleśnik lub tacos. Kleks ze śmietany na wierzch?

poniedziałek, 1 grudnia 2008

Bo za oknem zima i zimno...

Pierwszy smak poświęcę szalonej kanadyjskiej poszukiwaczce przygód, którą spotkałam prawie pięć lat temu. Zaprzyjaźniłyśmy się natychmiast, a dokładnie biblijnego siódmego dnia jej nowego życia w Krakowie. Szalona kanadyjka szybko dała się poznać jako absolutna maniaczka zup – chciałam jej kupić gigantyczny gar na aromatyczne wywary, ale ten i inne dmuchane plany rozwiał wiatr, który popchnął kanadyjkę ku nowej przygodzie. Kanadyjska znawczyni zup szczególnie ukochała miksowany przeze mnie krem z groszku, a dokładnie zaostrzoną wersję kremu mojej mamy. W zeszłą sobotę pichciłyśmy ostatnią „we wspólnym krakowskim życiu” kremową grochówkę. Mimo łez i kolejnych awarii korków, które nie wytrzymywały napięcia udało nam się zupy nie przesolić, jednak zdecydowanie przesadziłam z chili. Na przyjaźń nie da się machnąć ręką...

Szalony krem z groszku

1 opakowanie mrożonego groszku (poza sezonem)
1 średnia cebula
rosół warzywny – w pośpiechu przejdzie kostka
śmietana 30% lub mleko
gałka muszkatołowa (świeża i własnoręcznie ścierana!)
chili (młynek)
sól i pieprz

Pokrojoną cebulę szklę w garnku, następnie dodaję groszek i kostkę rosołową (czasem ocalałe kropelki rosołu czekają na okazję w zamrażarce!). Kiedy groszek zmięknie wlewam wodę (rosół), chwilę gotuję, a następnie miksuję zupę i dodaję mleko. Przyprawianie zaczynam od dodania gałki muszkatołowej i chili.