Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przystawki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przystawki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 kwietnia 2009

Fuzja molekularna

Wybrałam się niedawno na lunch do swojej ulubionej restauracji. Dzień był ciepły i lekki, jeden z pierwszych w tym sezonie. Z menu wybrałam ravioli ze szpinakiem polane masłem z szałwią. Danie popijałam lekkim i jasnym, jak snujące się popołudnie, Pinot Grigio. Zwyczajne pierożki na talerzu prezentowały się bardzo ciekawie. Połowa z nich miała normalny „pierożkowy” odcień, a drugą część zabarwiono na granatowy, prawie czarny kolor. W pierwszej chwili pomyślałam, że ciemne ciasto samo w sobie jest szpinakowe, jednak kelnerka wyjaśniła mi, że kolor zawdzięcza ono kalmarom, a dokładnie zawartym w nich barwnikom. W smaku pierożki miały być identyczne, jednak zafascynowana różnicą w formie doszukiwałam się głębszego podstępu.
Czarodzieje z ulubionej restauracji rozbudzili moją ciekawość i idąc po nitce do kłębka dowiedziałam się, że współcześnie na firmamencie gastronomii znajduje się kuchnia molekularna. Prawdziwa alchemia formy dla osiągnięcia doskonałego smaku potraw. Najsłynniejsza restauracja specjalizująca się w sporządzaniu kunsztownych molekularnych dań to hiszpańska El Bulli, którą rozsławił panujący tam od wielu lat szef kuchni – Ferran Adria. Restauracja czynna jest przez pół roku, zaś pozostałych sześć miesięcy Ferran spędza w swoim laboratorium. Naukowymi metodami komponuje dania, których niezwykle wyrafinowana forma nie pozwala przewidzieć ich smaku. W restauracji El Bulli nie ma sensu prosić o menu, bo nawet gdyby było, nie umielibyśmy z niego wybrać. Wyobrażam sobie, że frajda na tym właśnie polega, że biorąc do ust białą wiśnię nie zaskakuje mnie ona przewidywalnym smakiem kokosu lub wanilii, ale np. wątróbki? W molekularnej jadłodajni nasze dotychczasowe wizualne, smakowe i olfaktoryczne konotacje nie przystają do tego, co mamy na talerzu… A ja nabrałam się na zwykłe barwione pierożki?
Do niedawna, wciąż cieszącym się sławą, numerem jeden była kuchnia fusion. Polega ona na łączeniu znajomych nam już smaków, przypraw i technik z różnych stron świata, w nowych zaskakujących konfiguracjach. Dania tej kuchni są dużo łatwiejsze do przygotowania w warunkach domowych niż tajemnicze propozycje Ferrana Adrii. Przez zupełny przypadek niedawno sama sporządziłam posiłek w stylu fusion – w papier ryżowy zawinęłam farsz z kaszy gryczanej, porów, marchewki, kapusty pekińskiej, grzybów mun, sosu sojowego z wódką, czosnku i imbiru. Tak podanych „sajgonek” miał okazję skosztować mój ojciec, któremu powstały smak skojarzył się z ukraińską kuchnią babci, która często przyrządzała knysze z kaszą gryczaną i cebulką.
Nowoczesne trendy stanowią nielada wyzwanie dla szefów kuchni i podniebień smakoszy. Trudno jednak uwierzyć, by polski szef nie zjadł ze smakiem leżącej obok mnie chrupiącej kajzerki z serem i pomidorem, Francuz - pachnącej brioszki, a Włoch popularnej panini z szynką parmeńską. Tym specjałom przyznaję własną gwiazdkę za doskonałość w swoim rodzaju, a zainteresowanym podróżą po lokalnej mapie smaków podpowiadam, że w tegorocznym wydaniu prestiżowego czerwonego przewodnika Michelin znalazło się aż 16 krakowskich restauracji.
Sajgonki „fusion”

1 woreczek kaszy gryczanej
1 por, średni
1 duża marchewka
3-4 liście kapusty pekińskiej
2-3 ząbki czosnku
garść posiekanego imbiru
ok. 25gr zaparzonych grzybów mun
50ml sosu sojowego
100ml wódki
pieprz

papier ryżowy do zawinięcia

Oczyściłam i osuszyłam przeciętego wzdłuż pora, a następnie drobno go posiekałam i wrzuciłam na rozgrzaną oliwę. Do duszącego się na patelni pora dodałam kolejno: pokrojony w cienkie plasterki czosnek i posiekany imbir, zaparzone i pokrojone na drobniejsze kawałki grzyby mun, pokrojone w poprzek liście kapusty, otartą marchew. Do podduszonych składników dodałam ugotowaną i odsączoną kaszę oraz sos sojowy zmieszany z połową wódki. Na koniec dodałam pozostałą wódkę i odstawiłam farsz z na bok.
Arkusz papieru ryżowego moczyłam w gorącej wodzie, nakładałam farsz i szybko zawijałam. Sajgonki smażyłam na dość głębokim oleju (ja i olej?!) do osiągnięcia złotego koloru.

czwartek, 8 stycznia 2009

"Prawie" zdecydowanie robi różnicę

Koniec miesiąca z początkiem kolejnego zawiązane są na finansowy supeł. Początek wydatków plącze się z końcem poprzednich, dlatego już po chwili ulotny plus truchtem równa do zera, aż lawinowo zejdzie poniżej poziomu morza. Jedna rata, druga rata – nie ma rady. Prąd, czynsz – kolejna podwyżka. W niecałe trzy minuty oddałam co miałam i z kilkoma ocalałymi groszami w portfelu wyszłam z biura, żeby coś przegryźć. Na zewnątrz ziąb, w domu świąteczne przygotowania - w takich chwilach nogi same niosą do piekarni, a wyobraźni starcza na podpisaną ręką pierwszoklasisty pizzową bułkę z paprochami. W drodze powrotnej dostrzegłam niebiesko żółtą budkę z wielgachnym napisem LOTTO. Bułka w garść, słonik na szczęście weszłam i kupiłam los na chybił trafił. Z powrotem zasiadłam do biurka, zaparzyłam kubek gorącej herbaty i wgryzłam się w niestrawny temat. Czy tak wyglądają zwycięskie numery? Trzy kolejno odlicz cyfry i trzy liczby z łapanki? Wybrańcy losu, którzy ocalą kilka centymetrów mglistej przyszłości? Dopóki nie zostaną zwolnione blokady maszyny losującej przed ekranami telewizorów zasiadają miliony milionerów, ich rodziny, psy, koty i plany. Oko kamery zatrzymuje się na ostatniej piłeczce, przebrzmiewa ostatnie słowo, ściemnienie, chwila ciszy i... Dlaczego akurat w tym losowaniu trzynastka okazała się szczęśliwsza od siódemki, a trójka odległa od dwójki o jakieś 16PLN plus dwa złote za kupon?! Ekran telewizora bombardują pomięte niewypały, przez pokój przelatują LOTto kamikadze. Przyglądam się uważnie zmarnowanej szansie w nijakim pastelowym kolorze. Kompletnie bez sensu takie prawie szczęście, zupełnie jak dzisiejsza prawie pizza.

Prawdziwa Pizza
szklanka mąki (krupczatki lub pszennej)
ew. szczypta soli
ćwiartka drożdży
½ szklanki wody (w temperaturze ciała)

Mąkę (sól) i drożdże umieszczam w misce, drożdże zalewam wodą. Kiedy drożdże się rozpuszczą delikatnie wyrabiam ciasto i odstawiam w ciepłym miejscu, żeby wyrosło (np. wkładam do piekarnika rozgrzanego do 30 stopni). Wyrośnięte ciasto przechowuję w porcjach w lodówce. Gotową porcję (kulkę) obtaczam w mące i delikatnie formuję rozciągając brzegi ciasta. Uformowany i cienko rozwałkowany placek smaruję oliwą (zostawiam około centymetrowy odstęp od brzegów, żeby zawartość nie spłynęła z placka) i wkładam do maksymalnie rozgrzanego piekarnika (min. 260 stopni). Ciasto najlepiej piec na podsypanej mąka pszenną kamiennej (ceramicznej) płycie, ew. na odwrocie dużego żaroodpornego naczynia, albo na odwrocie blachy (żeby je łatwiej było zdjąć). Lubię cienkie i kruche spody! Przepis przywędrował do mnie prosto z Toskanii od Wujka, którego gotowanie i kuchnia to prawdziwe szczęście!

Co na wierzch? Czego dusza zapragnie! Na przystawkę focaccia czyli placek przybrany wyłącznie świeżymi ziołami, gruboziarnistą solą, cebulą czy oliwkami. Moi ulubieńcy to sól i cebula z czarnuszką, albo sól i rozmaryn z pepperoncino... Kombinujcie, na tym frajda polega!

piątek, 19 grudnia 2008

Podróż z piekła rodem

Wsiadasz do autobusu. Twoje zmęczone pracą za biurkiem plecy, wizja relaksującej kąpieli z książką i Ty. Próbujesz czytać, ale trudno Ci się skupić - autobus charczy, śmierdzi spalinami i potyka się o wyboje. Starsza, bardzo starsza pani zwraca się do chłopca na wprost Ciebie, ale on nie umie jej pomóc. Ty możesz, dlatego uspokajasz staruszkę. Wskażesz jej odpowiedni przystanek, a nawet z nią wysiądziesz. Babunia z wdzięczności przysiada się do Ciebie i zaczyna rozmowę. Jest mała, okrąglutka, ma zaróżowione policzki i osiemdziesiąt lat. Ty masz prawie trzy razy mniej. Kiedy była w twoim wieku zaczepił ją na ulicy fotograf. Uśmiechasz się, zaczynasz odpoczywać. Zastanawiasz się co się stało z jej zdjęciem, czy zdobi jakieś archiwalne portfolio? Babunia mówi dalej, jest coraz mniej tajemnicza i coraz bardziej natarczywa. Zastygasz, napięty uśmiech uczepił się kącików oczu. Trwasz tak przez niekończący się monolog. Na pytania odpowiadasz szczerze, do kieszeni chowasz emocje. Nie, nie czytasz Biblii. Dziękujesz babci za jej Wyznanie i teorię wszechświata. Trzecia Wojna Światowa? Zupełnie niewykluczone. Z tym się zgodzisz, świat lekko zwariował. Umrzesz z niewiedzy - być może proszę pani. Być może my wszyscy. Tak, jesteś szczęśliwa. Z opresji znów ratuje Cię warzywniak obok przystanku. Przepraszasz, ale koniecznie musisz tam wstąpić. Wybierasz cieciorkę, cytryny, pietruszkę i czosnek. Po ostatniej imprezie zostało Ci sporo bakalii z grzanego wina. Tak jesteś szczęśliwa...

Piekielnie Dobry Hummus

1 puszka cieciorki
garść orzechów włoskich, prażonych
1-2 pepperoncino
1-2 ząbki czosnku
sok z połówki cytryny
garść posiekanej pietruszki
oliwa
woda
sól
chili

Zmielone prażone orzechy łączę z cieciorką (miksuję). Do masy dodaję rozkruszone pepperoncino i oliwę (można podgrzać oliwę z pepperoncino i odstawić na około dwa dni, żeby oliwa odpowiednio nasiąkła aromatem). Do masy wlewam sok z pół cytryny, wciskam ząbek czosnku i wsypuje posiekaną pietruszkę. Dodaję około 50ml wody, żeby rozrzedzić pastę. Doprawiam solą i ewentualnie chili. Z wierzchu posypuję orzechami lub całą cieciorką. Podaję z ciepłym pieczywem np. pitta i sałatką z drobno pokrojonego zielonego ogórka, pomidorów, czerwonej cebuli i oliwek.