poniedziałek, 12 stycznia 2009

Deser z duszą


Nieustannie stawiamy pierwsze kroki. Uczymy się chodzić, poznajemy utarte, w końcu własne ścieżki. Idąc swoją drogą dotarłam do dużego owalnego pokoju, w którym otaczają mnie kolejne pary drzwi. Za każdymi żyje inna, całkiem możliwa ja. Nie znajduję wskazówek. Dotykam klamek, może któraś lepiej leży w dłoni? Mierzę framugi, szukam swojego rozmiaru? Porównuję kolory, może któryś bardziej do mnie pasuje? Nie wiem, nie mam pojęcia, nie wiem! Gdzieś w powietrzu wisi odpowiedź. Jeszcze nigdy nie była tak blisko, ale jak wybrać? Staję na wprost prostych, solidnych drzwi. Próg wydaje się za wysoki... Tchórzysz? Szepcze głos z głębi duszy. Próg jest wysoki, ale do przejścia. Drzwi duże, jednak nie za ciężkie. Robię kolejny krok, spoglądam w górę. Zaczynam się kurczyć. Przez szpary w drzwiach przedziera się zapach pomarańczy. Przecież uwielbiasz pomarańcze. Zaglądam przez dziurkę od klucza, widzę swoją kuchnię i siebie. Z brandy czy z migdałami? pytam. Z migdałami! odpowiada głos z głębi duszy.

Pomarańczowe naleśniki

szklanka mąki pszennej
½ szklanki wody
½ szklanki mleka
jajko
woda pomarańczowa (wg uznania)
dżem pomarańczowy ze skórką (np. Stowit)
25-50ml Brandy/ Amaretto
płatki migdałowe
pół pomarańczy
masło

Przygotowuję ciasto na naleśniki – do zmieszanych podstawowych składników dodaję niewielką ilość wody pomarańczowej. Naleśniki smażę na klarowanym maśle, lub co jakiś czas smaruję dno patelni ręcznikiem papierowym zwilżonym niewielką ilością oleju arachidowego. Tym sposobem tłuszcz nie przeniknie aromatu naleśników. W osobnym rondelku podgrzewam dżem pomarańczowy, następnie dodaję do niego brandy lub Amaretto. Naleśniki smażę na klarowanym maśle, podczas smażenia polewam sokiem ze świeżo wyciśniętej pomarańczy. Jeżeli przygotowuję dżem z Amaretto na suchej patelni prażę płatki migdałowe, którymi posypuję gotowe naleśniki. 

Jeśli nie mam dżemu ze skórką przygotowuję ekspresową skórkę z wyciśniętej wcześniej pomarańczy. Czyszczę spód skórki z resztek miąższu i z białej warstwy, następnie kroję i zagotowuję skórki. Wymieniam wodę i dodaję cukier - skórkę gotuję w syropie cukrowym czyli na porcję wody wsypuję pół porcji cukru.

Klarowane masło czyli hinduskie masło Ghee można również przygotować samemu. Topię masło naturalne, nie doprowadzając do wrzenia, aż na powierzchni pojawi się piana (wszystkie zanieczyszczenia). Kożuch usuwam łyżką i ręcznikiem papierowym. Po wystudzeniu przelewam masło do szczelnego pojemnika (ostrożnie, żeby zanieczyszczenia osiadłe na dnie nie spłynęły razem z oczyszczanym masłem) i przechowuję w lodówce nawet przez 1 miesiąc. Masło Ghee to oczyszczony tłuszcz, a więc się nie przypala!

czwartek, 8 stycznia 2009

"Prawie" zdecydowanie robi różnicę

Koniec miesiąca z początkiem kolejnego zawiązane są na finansowy supeł. Początek wydatków plącze się z końcem poprzednich, dlatego już po chwili ulotny plus truchtem równa do zera, aż lawinowo zejdzie poniżej poziomu morza. Jedna rata, druga rata – nie ma rady. Prąd, czynsz – kolejna podwyżka. W niecałe trzy minuty oddałam co miałam i z kilkoma ocalałymi groszami w portfelu wyszłam z biura, żeby coś przegryźć. Na zewnątrz ziąb, w domu świąteczne przygotowania - w takich chwilach nogi same niosą do piekarni, a wyobraźni starcza na podpisaną ręką pierwszoklasisty pizzową bułkę z paprochami. W drodze powrotnej dostrzegłam niebiesko żółtą budkę z wielgachnym napisem LOTTO. Bułka w garść, słonik na szczęście weszłam i kupiłam los na chybił trafił. Z powrotem zasiadłam do biurka, zaparzyłam kubek gorącej herbaty i wgryzłam się w niestrawny temat. Czy tak wyglądają zwycięskie numery? Trzy kolejno odlicz cyfry i trzy liczby z łapanki? Wybrańcy losu, którzy ocalą kilka centymetrów mglistej przyszłości? Dopóki nie zostaną zwolnione blokady maszyny losującej przed ekranami telewizorów zasiadają miliony milionerów, ich rodziny, psy, koty i plany. Oko kamery zatrzymuje się na ostatniej piłeczce, przebrzmiewa ostatnie słowo, ściemnienie, chwila ciszy i... Dlaczego akurat w tym losowaniu trzynastka okazała się szczęśliwsza od siódemki, a trójka odległa od dwójki o jakieś 16PLN plus dwa złote za kupon?! Ekran telewizora bombardują pomięte niewypały, przez pokój przelatują LOTto kamikadze. Przyglądam się uważnie zmarnowanej szansie w nijakim pastelowym kolorze. Kompletnie bez sensu takie prawie szczęście, zupełnie jak dzisiejsza prawie pizza.

Prawdziwa Pizza
szklanka mąki (krupczatki lub pszennej)
ew. szczypta soli
ćwiartka drożdży
½ szklanki wody (w temperaturze ciała)

Mąkę (sól) i drożdże umieszczam w misce, drożdże zalewam wodą. Kiedy drożdże się rozpuszczą delikatnie wyrabiam ciasto i odstawiam w ciepłym miejscu, żeby wyrosło (np. wkładam do piekarnika rozgrzanego do 30 stopni). Wyrośnięte ciasto przechowuję w porcjach w lodówce. Gotową porcję (kulkę) obtaczam w mące i delikatnie formuję rozciągając brzegi ciasta. Uformowany i cienko rozwałkowany placek smaruję oliwą (zostawiam około centymetrowy odstęp od brzegów, żeby zawartość nie spłynęła z placka) i wkładam do maksymalnie rozgrzanego piekarnika (min. 260 stopni). Ciasto najlepiej piec na podsypanej mąka pszenną kamiennej (ceramicznej) płycie, ew. na odwrocie dużego żaroodpornego naczynia, albo na odwrocie blachy (żeby je łatwiej było zdjąć). Lubię cienkie i kruche spody! Przepis przywędrował do mnie prosto z Toskanii od Wujka, którego gotowanie i kuchnia to prawdziwe szczęście!

Co na wierzch? Czego dusza zapragnie! Na przystawkę focaccia czyli placek przybrany wyłącznie świeżymi ziołami, gruboziarnistą solą, cebulą czy oliwkami. Moi ulubieńcy to sól i cebula z czarnuszką, albo sól i rozmaryn z pepperoncino... Kombinujcie, na tym frajda polega!

piątek, 19 grudnia 2008

Podróż z piekła rodem

Wsiadasz do autobusu. Twoje zmęczone pracą za biurkiem plecy, wizja relaksującej kąpieli z książką i Ty. Próbujesz czytać, ale trudno Ci się skupić - autobus charczy, śmierdzi spalinami i potyka się o wyboje. Starsza, bardzo starsza pani zwraca się do chłopca na wprost Ciebie, ale on nie umie jej pomóc. Ty możesz, dlatego uspokajasz staruszkę. Wskażesz jej odpowiedni przystanek, a nawet z nią wysiądziesz. Babunia z wdzięczności przysiada się do Ciebie i zaczyna rozmowę. Jest mała, okrąglutka, ma zaróżowione policzki i osiemdziesiąt lat. Ty masz prawie trzy razy mniej. Kiedy była w twoim wieku zaczepił ją na ulicy fotograf. Uśmiechasz się, zaczynasz odpoczywać. Zastanawiasz się co się stało z jej zdjęciem, czy zdobi jakieś archiwalne portfolio? Babunia mówi dalej, jest coraz mniej tajemnicza i coraz bardziej natarczywa. Zastygasz, napięty uśmiech uczepił się kącików oczu. Trwasz tak przez niekończący się monolog. Na pytania odpowiadasz szczerze, do kieszeni chowasz emocje. Nie, nie czytasz Biblii. Dziękujesz babci za jej Wyznanie i teorię wszechświata. Trzecia Wojna Światowa? Zupełnie niewykluczone. Z tym się zgodzisz, świat lekko zwariował. Umrzesz z niewiedzy - być może proszę pani. Być może my wszyscy. Tak, jesteś szczęśliwa. Z opresji znów ratuje Cię warzywniak obok przystanku. Przepraszasz, ale koniecznie musisz tam wstąpić. Wybierasz cieciorkę, cytryny, pietruszkę i czosnek. Po ostatniej imprezie zostało Ci sporo bakalii z grzanego wina. Tak jesteś szczęśliwa...

Piekielnie Dobry Hummus

1 puszka cieciorki
garść orzechów włoskich, prażonych
1-2 pepperoncino
1-2 ząbki czosnku
sok z połówki cytryny
garść posiekanej pietruszki
oliwa
woda
sól
chili

Zmielone prażone orzechy łączę z cieciorką (miksuję). Do masy dodaję rozkruszone pepperoncino i oliwę (można podgrzać oliwę z pepperoncino i odstawić na około dwa dni, żeby oliwa odpowiednio nasiąkła aromatem). Do masy wlewam sok z pół cytryny, wciskam ząbek czosnku i wsypuje posiekaną pietruszkę. Dodaję około 50ml wody, żeby rozrzedzić pastę. Doprawiam solą i ewentualnie chili. Z wierzchu posypuję orzechami lub całą cieciorką. Podaję z ciepłym pieczywem np. pitta i sałatką z drobno pokrojonego zielonego ogórka, pomidorów, czerwonej cebuli i oliwek.

piątek, 12 grudnia 2008

Deser z jajami

Na spotkanie z doktor rehabilitacji czekałam na liście pacjentów rezerwowych. Rokowania nie były najlepsze, może w styczniu coś się zwolni? W takich przypadkach tylko cud może przyspieszyć procedurę. I stało się! Nie minął tydzień i ktoś odwołał wizytę, a pozostałym oczekującym nie pasował proponowany termin. Spodziewałam się, że wyglądam jak jogin w skręcie i będzie mnie trzeba długo i żmudnie prostować, ale jak wiele spraw w moim życiu kłopoty z kręgosłupem okazały się układać wbrew logice. Zadane przez panią doktor ćwiczenia sprowadzają się do unikania sportu i wykonywania niewielkich, ale cholernie wysiłkowych ruchów, które uwaha uwaha, mają wykrzywić kręgosłup szyjny! Okazuje się bowiem, że w którymś momencie życia połknęłam kij od miotły i teraz muszę się ponaginać, bo brak mi naturalnych krzywizn. Ani śladu niezbędnej do życia w zdrowiu lordozy! Naginać się powinnam co dwie godziny, przez około dwie minuty. Do tego mam ćwiczyć leżąc, muszę kupić specjalną poduszkę w rozmiarze em, nie mogę zakładać nogi na nogę, a wszystkie ruchy głową musi zastąpić wzrok! Generalnie mam patrzeć przed siebie i nie chylić czoła, bo za kilka lat złożę się jak scyzoryk. Metaforyczna warstwa tejże diagnozy bardzo mi się podoba. W realu jest nieco gorzej – snuję się ulicami Krakowa krzywiąc się i podrzucając dziwacznie ramionami. Pani doktor kazała przysiąc, że będę głowę trzymać prosto jakbym miała na niej coś bardzo cennego. Coś co nie może upaść. Z koszyczka skojarzeń pierwsze wypełzło i na mej głowie się rozsiadło jajo - jajogłowa ja?

Brownie

6 jaj (uff!)
2 tabliczki czekolady, tłustej
kostka masła (masła, a nie jakiegoś miksu!)
100g mąki (pszenna lub tortowa)
300g cukru trzcinowego
50g orzechów włoskich (lubię również w wersji z wiśniami podkręconymi nalewką lub czystą, albo z płatkami migdałowymi podkręconymi Amaretto)

W kąpieli wodnej łączę czekoladę z masłem. Ubijam jaja stopniowo dodając cukier i mąkę, a następnie łączę masy i dorzucam orzechy. Piekarnik nagrzewam do 200 stopni, a na spód blachy kładę papier do pieczenia. Brownie piekę około 18-20 minut (ciasto ma być wilgotne). Kiedy ciasto lekko ostygnie polewam je ganache (topię 2 tabliczki czekolady w podgrzanej kremówce, łączę je mieszając). Dekoruję, a jakże! Stosownie do okazji...

wtorek, 9 grudnia 2008

Nad rozlanym się nie płacze?

Przede mną ostatni wieczór z Szaloną Kanadyjką. Jutro z samego rana lotnisko i „słoik słonych wspomnień”... Czas przyznać, że czuję się tym rozstaniem rozbita. Wiem, że to niewielka zmiana we wspólnej czasoprzestrzeni, jednak trudno mi się z tym pogodzić. Kanadyjka plus słoik? Nie mogłam dzisiaj zasnąć, a dla ukojenia wyciskałam ostatnie soki z pomarańczy i pomidorów. Wyszłam z domu z małym poślizgiem i choć na przystanek dobiegłam minutę przed czasem autobus i tak zdołał mi uciec. Do tramwaju mam mniej więcej kilometrowy spacer. Połknęłam zadyszkę i omijając życiowe zakręty, na których mogłabym rozbić słój z pomarańczową pomidorówką, dotarłam do celu. Odetchnęłam i realizowałam plan dalszej podróży, a los... Realizował swój. Wysiadając z tramwaju przydepnęłam sutannę młodemu zakonnikowi po czym rzuciłam bezmyślnie Jezzzu, przepraszam! Po drugiej stronie ulicy zaczął migać zielony ludzik, pędem ruszyłam przez śliską jezdnię. Na trzy cztery z pojawieniem się jego czerwonego koleżki zgubiłam rytm i zajęłam jeden metr pięćdziesiąt dziewięć centymetrów przejścia dla pieszych. Tulone pod pachą papiery wylądowały w kałuży, a słój z pomidorówką roztrzaskał się w drobny mak. Starsza pani pomagając mi pozbierać nasiąknięte kałużą notatki mamrotała pod nosem, że nie ma co dziękować, trzeba umieć chodzić... Ech, żal... Zupy również!

Pomarańczowa pomidorówka

duży przecier pomidorowy (lub całe pomidory)
1 pomarańcza
średnia cebula
rosół warzywny
1-2 ząbki czosnku
1-2 pepperoncino
1-2 goździki
25-50ml Ginu
tymianek
sól
pieprz

Drobno posiekaną cebulę szklę w garnku, dodaję pokrojony w płatki czosnek, rozkruszone pepperoncino i całe goździki. Zmniejszam ogień, wlewam przecier pomidorowy, sok z pół pomarańczy i 25ml Ginu. Chwilę duszę, następnie dodaję rosół. Doprawiam tymiankiem (rozcieram w dłoniach) solą i pieprzem. Jeśli zupa (pomarańcza) jest kwaśna łamię smak odrobiną cukru trzcinowego. Zupę podaję z gęstym śmietanowym kleksem i bazylią.

Z podobnych składników przygotowuję sos, który serwuję z makaronem farfale i posypany świeżym parmigiano. Zamiast tymianku używam świeżej bazylii i nie dodaję goździków - bo to już inny sos, o którym jeszcze napiszę.