czwartek, 4 grudnia 2008

P o r a t u n e k . . .

Wczorajszy dzień mijał pikantnie czyli na omawianiu wyników skomplikowanych badań mojego kręgosłupa i rozmowach kwalifikacyjnych. Stabilizowaniu przyszłej kondycji psycho-fizycznej. Koło godziny osiemnastej głód przedarł się przez napięcia i odpowiedział właściwym dla takich okoliczności nastrojem. Smaki rozbijały się jednak o puste ściany lodówki... Szafek, szuflad, półek? Im bliżej kuchni tym bardziej kurczył się żołądek. Obok przystanku autobusowego pani zamykała warzywny kramik. Wzrokiem natknęłam się na blade, wychudzone i nadzwyczajnie wyciągnięte pory. Z zamyślenia nad anorektycznym warzywem wyrwało mnie pytanie czy coś podać? Wskazałam pęk nieszczęśników i zapytałam z troską czy są grubsze okazy? Oczywiście, złoty dwadzieścia – spasiony, ciemnozielony por tkwił już w mojej ręce... Przyciąć liście? Nigdy w życiu, o liście chodzi! Odzyskałam nadzieję, w kuchennej szafce na taką właśnie okazję czekał gryczany makaron...

Zwyczajny por z makaronem

1 por (spasiony)
1-2 pepperoncino
1 ząbek czosnku
świeży imbir (wrzątek z imbirem, miodem i cytryną - niebo w gębie, musi być pod ręką!)
1 porcja makaronu gryczanego
oliwa
sos sojowy
wódka
pieprz
cukier trzcinowy

Na rozgrzaną patelnię wrzuciłam pokrojone w paski pory, dodałam pokruszone pepperoncino, pokrojony w cienkie plastry imbir i czosnek. Porcję sosu sojowego zmieszałam z pół porcji wódki, dodałam łyżeczkę cukru i pieprz. Do podduszonego pora wlałam zmieszany sos (później uznałam, że jeszcze kilka kropel sosu i wódki nie zaszkodzi). Na patelnie wrzuciłam ugotowany makaron i smażyłam chwilę na małym ogniu.

Kolację popiłam mocną czerwoną herbatą...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz